Praca z Łukaszem Piszczkiem to dla niego życiowa szansa

  • Published in News
cz-piłka.pl. piłka nożna, Częstochowa, football, Waldemar Deska, football photo gallery, football photos, Skra Częstochowa - Raków Częstochowa, Mateusz Porębiński, Goczałkowice Zdrój

Dla niektórych sportowy awans nie oznacza zawsze przeskoku z niższej klasy rozgrywkowej do wyższej. Przykładem takiego człowieka jest Mateusz Porębiński, który z Rakowa przeniósł się do Goczałkowic i pełni tam jedną z ważniejszych funkcji w klubie – zaraz po zarządzie.

W lipcu 2020 roku Mateusz Porębiński za pośrednictwem mediów społecznościowych ogłosił, że kończy się dla niego pewien etap w życiu, bowiem rozstaje się z Rakowem Częstochowa – klubem, gdzie najpierw przez siedem lat grał na szczeblu juniorskim, a potem przez 2,5 roku pracował m.in. w dziale organizacyjnym Akademii Raków, a także w dziale marketingu Rakowa. W sezonie 2019/20 był członkiem sztabu pierwszego zespołu, gdzie pracował jako asystent kierownika drużyny.

Zdecydował się na kolejny krok i podjął się nowych wyzwań. Dziś pracuje w roli menedżera w trzecioligowym klubie z Goczałkowic-Zdrój, a w rozmowie z Konradem Cinkowskim opowiada o czasach w „czerwono-niebieskich” barwach, a także o projekcie w macierzystym klubie Łukasza Piszczka.

- Pana przygoda z piłką rozpoczęła się dosyć tradycyjnie – od gry. Kariera piłkarska co prawda długo nie trwała, ale jakby pan ją podsumował w swoim wykonaniu?
- (śmiech) Moja kariera piłkarska niestety nigdy nawet się nie zaczęła, więc trudno nazwać to karierą. Bardziej dziecięcą przygodą. Na pierwszy trening Rakowa zaprosił mnie trener Rafał Woszczyk w wieku ośmiu lat. Nie byłem jednak mentalnie przygotowany na przeskok ze szkolnych zajęć na treningi z kolegami ze starszych roczników i dopiero w wieku 11 lat rozpocząłem treningi w UKS Ajaksie Częstochowa pod okiem trenera Mariusza Sędzielewskiego. To był dla mnie bardzo dobry czas, ponieważ razem z moimi kolegami z zespołu udało nam się zdobyć mistrzostwo Częstochowy, co dla Ajaksu w tamtych czasach w naszym regionie było sporym osiągnięciem. Wtedy otrzymałem też zaproszenie od ś.p. trenera Zbigniewa Dobosza z możliwością dołączenia do szkółki Rakowa. To był świetny czas w moim życiu i bardzo dobrze wspominam ten okres. Na pewno mogłem dać z siebie o wiele więcej. Jednak po wypożyczeniu do IV-ligowej Kamienicy Polskiej w wieku 19 lat postanowiłem jednak, że dłużej nie mogę się oszukiwać. Podjąłem decyzję o wyjeździe na studia i wyjechałem do Warszawy.

- Później była praca w Rakowie. Proszę nam opowiedzieć, jakie role pan pełnił w zespole „czerwono-niebieskich”?
- Praca w Rakowie zbiegła się z końcem moich studiów. Rozglądałem się za pracą w klubie sportowym, akurat pojawiła się szansa stażu w Akademii Rakowa. Po okresie próbnym zostałem zatrudniony w roli asystenta. Zajmowałem się głównie dokumentacją Akademii oraz sprawami organizacyjnymi, pomagałem również przy organizacji dnia meczowego. Przez okres 2,5 roku pełniłem rolę asystenta, najpierw łącząc obowiązki z Akademią i działem organizacji, później w marketingu, a w pełnym sezonie 2019/2020 byłem asystentem sztabu pierwszego zespołu.

- Nie ciągnęło do gry, chociażby na jakimś najniższym szczeblu?
- Oczywiście, że ciągnęło. Wciąż ciągnie! Podejmowałem wiele prób, jednak źle bym się czuł nawet w klubie amatorskim, gdybym musiał dzwonić do trenera, przepraszając go, że nie będzie mnie kolejny raz na zajęciach z powodów zawodowych. Nie lubię takich sytuacji i wolę rekreacyjnie pograć w piłkę niż grać amatorsko na „pół gwizdka”.

- W lipcu 2020 roku poinformował pan o zakończeniu 2,5-letniej pracy z Rakowem Częstochowa. Jak pan ocenia czas spędzony w klubie z Limanowskiego?
- To był bardzo dynamiczny i rozwojowy czas w moim życiu. Praca w klubie dawała mi bardzo dużo satysfakcji i spełnienia. Jako wychowanek klubu też czułem dodatkową radość z tego, że mogę pracować w klubie, w którym spędziłem większą część swojego życia. Czas pandemii był dla mnie osobiście czasem wielu przemyśleń co do moich planów życiowych i zawodowych. Poinformowałem prezesa Wojciecha Cygana o mojej rezygnacji z końcem sezonu i w lipcu zakończyłem swoją przygodę w Rakowie.

- I jak doszło do tego, że zawodowa kariera pokierowała pana właśnie do Goczałkowic-Zdrój?
- Praca w Goczałkowicach nie pojawiła się od razu. W momencie, gdy zakończyłem swoją pracę w Rakowie, otrzymałem telefon od właściciela Arki Gdynia, Jarosława Kołakowskiego, o możliwości pracy w pierwszym zespole. Była to dla mnie najlepsza opcja w tamtym momencie, dlatego też nie zastanawiałem się i wyjechałem do Trójmiasta. Niestety, po okresie próbnym nie dogadaliśmy się finansowo i musiałem pożegnać się z Gdynią. Mimo wszystko wspominam ten czas bardzo dobrze. Nawiązałem nowe znajomości, miałem okazję poznać warsztat trenera Ireneusza Mamrota. Szybko się zaadaptowałem na miejscu, ponieważ już wtedy w klubie był trener Maciej Kędziorek oraz zawodnik Arkadiusz Kasperkiewicz, których miałem przyjemność poznać w Rakowie. Obu jestem bardzo wdzięczny za okazałą pomoc w tamtym czasie. Po powrocie do Częstochowy okres jesienny był dla mnie bardzo trudny, jak dla wielu osób, które w dzisiejszych czasach mają problem ze znalezieniem pracy. Uzbroiłem się jednak w cierpliwość i przy wsparciu rodziny i przyjaciół wytrzymałem. Aż w końcu na ekranie telefonu wyświetlił mi się nieznany numer z Niemiec...

- Czyli prawdą jest, że pierwszy telefon z klubu wykonał sam Łukasz Piszczek. A pan temu nie do końca dowierzał...
- Szukałem w tym okresie pracy i niezobowiązująco rozmawiałem z Przemkiem Mońką na temat Goczałkowic. Po pewnym czasie Przemek napisał mi wiadomość, żebym miał telefon pod ręką. Pomyślałem sobie: „najpierw mnie wkręci, a potem będzie szydera”. Ale po jego smsie za 2 minuty wyświetlił się niemiecki numer. Prowadziłem w tamtym momencie samochód, i musiałem się zatrzymać, ponieważ emocje wtedy były naprawdę ogromne. Po latach doświadczeń z zawodnikami, jakich poznałem, nie sądziłem, że ta rozmowa będzie mnie aż tak stresować. Gdy Łukasz Piszczek się przedstawił, już nie miałem żadnych wątpliwości. Po dłuższej rozmowie i uzgodnieniu warunków, za tydzień otrzymałem informację, bym obejrzał mecz z rezerwami Górnika, a w następnym tygodniu podpisaliśmy umowę.

- A jak na zmianę otoczenia zareagowali najbliżsi, gdy powiedział pan: „Przenoszę się do Goczałkowic”?
- Nie mieli nic do powiedzenia (śmiech). A tak na poważnie, to wszystkie moje plany zawodowe konsultuję z moimi rodzicami. Bez wsparcia mojej rodziny nie byłbym dziś tu, gdzie dziś jestem. Wspierali i pomagali mi przez całe życie i nadal to robią, więc liczę się z Ich zdaniem. Wierzę w to, że swoją pracą kiedyś im się za tę pomoc odwdzięczę. I też nie jest tak, że ja do Goczałkowic się przeniosłem. Mieszkam nadal w Częstochowie i do pracy dojeżdżam przeważnie samochodem lub pociągiem.

- A znajomi albo środowisko nie-piłkarskie nie jest zaskoczone, że nie szukał pan czegoś w Częstochowie, czy po prostu w bardziej znanych klubach na Śląsku?
- Praca w sporcie ma to do siebie, że człowiek musi być przygotowany na ewentualną przeprowadzkę do innego miasta lub na dalekie dojazdy, tak, jak w moim przypadku. Oczywiście, że szukałem pracy bliżej, ale w dzisiejszych czasach jest to naprawdę trudne. W okresie, w którym nie pracowałem w piłce, zastanawiałem się nad zmianą branży. Na moje szczęście, już nie muszę na ten moment o tym myśleć.

- I czym się pan teraz zajmuje w klubie, jakie pełni role i jakie ma obowiązki?
- W klubie pełnię rolę menadżera klubu oraz pełnomocnika zarządu. Do moich głównych obowiązków należy administracja klubowa, organizacja logistyczna pierwszego zespołu, kontakt ze sponsorami oraz skauting zawodników.

- Często awans z tak niskiego szczebla do najwyższej klasy jest jak zderzenie ze ścianą. A w drugą stronę, jakby pan to porównał?
- Aż tak bym tego nie ujął. Na pewno są większe oczekiwania i większa presja, przechodząc z niższych klas do wyższych, ale wszystko zależy od tego, jaką rolę dana osoba ma pełnić w klubie i jakie zdobyła doświadczenie na niższych szczeblach. Uważam, że właśnie na niższych szczeblach osoby, które chcą coś osiągnąć w piłce lub w innych sportach, zdobywają ogromne doświadczenie, przez co łatwiej jest się zaadoptować do nowego miejsca pracy. Przykładowo, gdy w klubie amatorskim trener jest jednocześnie i trenerem, i kierownikiem drużyny, a zdarzają się przypadki, że jeszcze pełni rolę prezesa klubu, wówczas wyzwania na wyższym szczeblu wcale nie muszą się dla tej osoby okazać dużym wyzwaniem, co nie zmienia faktu, że z pewnością oczekiwania i presja jest zupełnie inna, a na pewno dużo większa. W klubach na niższych szczeblach człowiek może nauczyć się bardzo dobrej organizacji pracy, ale często takie osoby muszą jeszcze wiązać swoją pasję ze zwykłą pracą, co wiąże się z pracą na pełnych obrotach przez cały tydzień często za słabe lub żadne wynagrodzenie. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że bardzo cieszę się, że po zebraniu doświadczenia w ekstraklasowym klubie mogę dzielić się wiedzą i doświadczeniem z moimi współpracownikami w nowym miejscu pracy. Uczymy się wszyscy razem i pracujemy po to, by się rozwijać.

- A jak ocenia pan różnicę organizacyjną między Ekstraklasą, a 3. ligą?
- Miałem okazję być dopiero na 3 meczach ligowych, ale nie ma co się oszukiwać, że to jest przepaść. Szatnie piłkarskie, warunki sanitarne, media klubowe oraz miejskie, stan murawy. Różnice są ogromne. Z mojej strony chcę zapewnić naszym zawodnikom jak najlepsze warunki do pracy, by w każdym meczu mogli grać o jak najlepszy wynik. To, na jakich obiektach gramy, to tylko dodatkowa motywacja do tego, by pracować, wygrywać i marzyć o awansach do wyższych lig. I z tego miejsca również chciałbym wyrazić szacunek i podziw właśnie dla naszych konkurentów ligowych, którzy zmagają się z wieloma problemami związanymi z infrastrukturą i możliwościami finansowymi.

- Mówi się, że w Goczałkowicach-Zdrój rozpoczyna się powoli nowy etap klubu, niejako nowy projekt. A potwierdzeniem tych słów ma być powrót Łukasza Piszczka. Co pan może powiedzieć o wizji klubu na najbliższe lata?
- Projekt ten trwa od 2014 roku w momencie, kiedy LKS zanotował awans z klasy A do klasy O i sukcesywnie krok po kroku robił te awanse, aż do 2020 roku, gdy po emocjonujących barażach z Szombierkami Bytom, klub zanotował historyczny awans do III ligi. Osobiście cieszy mnie fakt, że nie ciąży na naszym klubie żadna presja wynikowa. Wszyscy zawodnicy oraz pracownicy zarówno LKS Goczałkowice-Zdrój, jak i Akademii BVB im. Łukasza Piszczka są świadomi i wdzięczni za możliwość pracy w tym miejscu. Wierzymy, że Łukasz Piszczek wspomoże LKS, nie tylko pod kątem sportowym, ale również marketingowym i biznesowym, co pozwoli nam ustalić oraz zweryfikować nasze plany na najbliższe lata.

- Jak Wam się pracuje z myślą, że za jakiś czas będziecie posiadać w swoim zespole legendę światowej piłki?
- Po dłuższym spędzeniu czasu w klubie widzę po wszystkich, i po sobie, że mając częstszy kontakt z Łukaszem, już ten mit legendy odchodzi na bok i wiesz, że rozmawiasz z normalnym człowiekiem. Oczywiście nie jest też tak, że panuje rozluźnienie lub brak szacunku. To dla klubu i dla każdego z nas ogromne wyróżnienie móc pracować z człowiekiem, który osiągnął tak wiele. Zaangażowanie w ten projekt pokazuje przywiązanie Łukasza Piszczka do tego miejsca, co pokazuje, że chce stworzyć dla lokalnej społeczności miejsce, z którego będą dumni. I cieszę się, że również mogę dołożyć swoją cegiełkę w budowaniu tego klubu.

- Jest szansa, że za Łukaszem do klubu przyjdą kolejne uznane nazwiska?
- Czas pokaże. Cieszymy się z faktu, że dołączają do LKS Goczałkowice-Zdrój takie osobowości, jak Piotr Ćwielong czy Łukasz Hanzel. Jednak na pewno klub chciałby pozyskiwać nie tylko zawodników wiekowych i doświadczonych, ale również młodych i perspektywicznych, którzy mogą się u nas rozwinąć i dostać angaż w wyższej lidze.

- Pandemia koronawirusa sprawiła, że stała się moda na pracę zdalną. Takową pracę poniekąd realizuje też „Piszczu”, który z tego co czytałem, treningi ogląda na żywo i przekazuje wskazówki. Proszę opowiedzieć skąd pomysł na takie rozwiązanie i jak to wygląda typowo technicznie.
- Na ten temat nie mogę za wiele zdradzić, ale faktem jest, że Łukasz bardzo pomaga naszemu sztabowi. Jego zaangażowanie w prowadzenie zespołu jest bardzo duże.

- A jak na taką nowinkę treningową zapatrują się zawodnicy?
- Zawodnicy są bardzo otwarci na nowe możliwości. To bardzo młoda szatnia, która jest świadoma i bardzo ambitna. Często rozmawiamy na różne tematy, ale mogę zapewnić, że na 3-ligowe warunki zawodnicy naprawdę nie mają na co narzekać.

- Ostatnio Łukasz Piszczek przepytywany był przez przedstawicieli mediów, jako drugi trener LKS-u. Po powrocie z Borussi będzie tylko grającym drugim trenerem, czy będzie znacznie bardziej zaangażowany w rozwój klubu?
- W tej chwili nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Łukasz Piszczek jak sam przyznaje w wywiadach, jeszcze nie zdecydował jaką drogę obierze po zakończeniu kariery piłkarskiej. Po powrocie do kraju i ustabilizowaniu swojej sytuacji na pewno Łukasz podzieli się z mediami swoją przyszłością dotyczącą swojej drogi zawodowej.

- Rozmawiałem niedawno z Przemysławem Mońką, który nie ukrywa, że celem na ten sezon jest utrzymanie w 3. lidze. W kolejnym sezonie zaatakujecie już strefę, która pozwoli wam awansować o szczebel wyżej?
- Tak, to jest nasz cel priorytetowy. Spokojniej pracuje się, gdy nie mamy tego „noża na gardle”. Poczekajmy z oceną do końca rundy wiosennej. Sezon się jeszcze nie skończył i na ten moment nie wybiegamy tak daleko. Skupiamy się na każdym najbliższym meczu.

- W Goczałkowicach jest co robić na co dzień, czy jest to taki trzecioligowy odpowiednik Niecieczy, czyli mała miejscowość ze stadionem piłkarskim?
- Sam pan dobrze wie, że w tym momencie ciężko jest opisać miejsce, gdzie wszystko jest pozamykane. Miałem jednak okazję pospacerować i pojeździć po Goczałkowicach. Lubię znać ludzi i miejsce pracy, w którym pracuję. W pobliżu klubu znajdują się bardzo ładne parki oraz uzdrowiska i sanatoria dla kuracjuszy. Goczałkowice słyną z tego i na pewno, gdy pandemia się zakończy, tę miejscowość ponownie będzie odwiedzać spora grupa turystów oraz mam nadzieję sympatyków piłki nożnej.

- Raków na chwilę obecną jest wiceliderem PKO BP Ekstraklasy. Pana zdaniem – uda się zaatakować fotel mistrza, czy raczej będzie walka o obronę podium?
- Jako kibic tego klubu życzę oczywiście jak najlepszego wyniku i oby Raków zawsze znajdował się na jak najwyższych pozycjach w ligowych tabelach! Ale realnie oceniając sytuację, liczę na to, że Raków nie spadnie poniżej 5 pozycji.

- Kilka nowych nazwisk już w kadrze Rakowa się pojawiło, ale są też tacy, którzy już odeszli, jak np. Kuba Szumski, ale i tacy, którzy odejść mają lada moment, jak np. Kamil Piątkowski. Spodziewał się pan np. trzy lata temu, że Raków może być taką trampoliną do światowych salonów?
- Miałem okazję jechać samochodem do Poznania z Kubą Szumskim i powiedział mi wtedy takie zdanie, które zostało mi w głowie: „Ekstraklasa otwiera wiele drzwi, warto budować w niej CV”. I faktycznie tak jest, że zainteresowanie zawodnikami jest o wiele większe niż np. 1 lidze. Do Rakowa trafiają zawodnicy sprawdzeni poprzez przeprowadzony wcześniej wywiad środowiskowy i inne działania skautingowo-transferowe, dzięki którym do Rakowa trafiają zawodnicy ambitni, perspektywiczni, inteligentni i głodni wiedzy. Stąd nie dziwi mnie, że pracując i rozwijając się w Rakowie, wzbudzają zainteresowanie klubów ekstraklasowych bądź zagranicznych. Zarówno z Kubą Szumskim, jak i Kamilem Piątkowskim miałem w Rakowie bardzo dobry kontakt i cieszę się, że Kuba już w tym momencie trafił do ekstraklasy tureckiej, a Kamilem interesują się zespoły z włoskiej Serie A. Kamil był sprawdzany w roli wahadłowego i stopera, co na pewno nie było dla niego łatwe, ale ustabilizował swoją pozycję, jest silnym punktem zespołu, jeździ na młodzieżową kadrę i jeżeli dołoży do tego wkład w swój rozwój osobisty, to będzie jeszcze lepszym piłkarzem. Martwi mnie brak kolejnych wychowanków debiutujących i przede wszystkim ogrywających się w PKO Ekstraklasie, ale wierzę w to, że w niedalekiej przyszłości ta sytuacja się również zmieni na plus.

- Dziękuję za rozmowę. Chciałby pan coś dodać na koniec, tak od siebie?
- Również bardzo dziękuję za rozmowę. Chciałbym życzyć wszystkim czytelnikom oraz sympatykom piłki nożnej dużo zdrowia oraz powrotu do normalności.

cz-piłka.pl, rozmawiał Konrad Cińkowski, foto: archiwum Mateusza Porębińskiego.

 

Log in or create an account